Laboratorium orbitalne: Lot Sojuz 4/5

Wraz z nadejściem roku 1969 ZSRR mógł mówić o tym, że dotychczasowe szczęście się od niego odwróciło i pozycja lidera w wyścigu kosmicznym została utracona. Jeszcze niedawno Rosjanie niepodzielnie panowali w kosmosie, wygrywając kolejne etapy wielkiego wyścigu kosmicznego. Jako pierwsi wystrzelili sztucznego satelitę Ziemi – Sputnika 1 – w 1957, i jeszcze w tym samym roku wysłali na orbitę psa Łajkę, chociaż mówienie o tej misji jako o sukcesie było mocno na wyrost – łaciaty pasażer, wedle odtajnionych w 2002 roku danych, zdechł po ok. siedmiu godzinach lotu [1]. Kolejnym sukcesem był już lot człowieka – 12 kwietnia 1961 roku towarzysz Jurij Aleksiejewicz Gagarin  jako pierwszy w świecie kosmonauta okrążył Ziemię po orbicie w czasie 108 minut, lądując szczęśliwie. W tym czasie w USA w ramach programu Mercury odbywały się dopiero loty suborbitalne. Nieco ponad rok później na orbicie „spotkały się” dwa pojazdy – Wostok 3 i Wostok 4. Amerykanie na osiągnięcie tego celu (dwóch pojazdów załogowych lecących w jednym czasie) musieli czekać aż do misji Gemini VIA / Gemini VII i roku 1965.

Rosjanie poszli za ciosem – w 1963 roku wysłali w kosmos Walentynę Tierieszkową, pierwszą (i przez dwie dekady jedyną) kobietę-kosmonautkę. W 1964 roku wykonali znów pionierski  duży krok – w październiku, w trwającej ponad dobę misji wystrzelono statek Woschod 1 – pierwszy pojazd wieloosobowy, wyprzedzając amerykańskie dwuosobowe kapsuły Gemini. Na jego pokładzie znalazła się trójka kosmonautów – po raz pierwszy na orbitę polecieli badacze i naukowcy. Nie czekając, aż USA dogoni rywala, już w kolejnym roku ponownie ustanowili przyczółek w tej kosmicznej wojnie – w marcu kosmonauta Aleksiej Leonow odbył pierwszy w świecie, trwający nieco ponad dwanaście minut spacer kosmiczny. Jak sam powiedział: „Pierwszy wyszedłem tam, gdzie nikt nigdy nie był” [2]. Amerykanie powtórzyli ten wyczyn w misji Gemini IV – w czerwcu tego samego roku.

Jednak wraz z rozpoczęciem przez Stany Zjednoczone programu Apollo, radziecka nauka i technika zaczęła łapać zadyszkę. Obecnie pojawiają się sugestie, że Rosjanie wcale nie planowali lecieć na Księżyc. Dopiero amerykańskie zamiary lądowania na Srebrnym Globie, ogłoszone przez prezydenta Kennedy’ego, spowodowały rewizję radzieckiego programu kosmicznego. Niestety, prace nad rakietą nośną N1 szły opornie i nie dawały zadowalających rezultatów. Jedynym udanym projektem przygotowywanym do lotów na księżyc był pojazd Sojuz. Na bazie pojazdu 7K stworzono projekt Sojuz 7K-OK (ros. ОК – ОрбитальныйКорабль, statek orbitalny) [3]. Nikt wtedy nie podejrzewał, jak wielkim sukcesem okaże się ta konstrukcja – w 2016 roku do eksploatacji weszła kolejna już generacja, Sojuz MS, a sam pojazd na pół wieku stał się wołem roboczym astronautyki, który w wielu odmianach wykonał kilkaset lotów na orbitę.

Tymczasem nadszedł rok 1967, który zmienił wszystko. 23 kwietnia (pierwotnie planowano misję na 12 kwietnia, w rocznicę lotu Gagarina), wystrzelono statek Sojuz 1. Pilotował go Władimir Michajłowicz Komarow, weteran lotu Woschoda 1. Pierwotnym celem misji było połączenie na orbicie z przygotowanym do startu Sojuzem 2 i transfer załogi metodą spaceru kosmicznego – test przed lotem księżycowym, w którym kosmonauta miał przejść z Sojuza do lądownika. Jednak już w pierwszej fazie lotu ujawniły się poważne usterki – jeden z paneli słonecznych nie rozłożył się, powodując niedostatek zasilania i wadliwe działanie kilku innych systemów. Wraz z kolejnymi orbitami jasne stawało się, że misja „Rubina”, gdyż taki kod wywoławczy miał Komarow, nie może zakończyć się sukcesem. Najpierw zatrzymano na wyrzutni Sojuza 2, a następnie zupełnie anulowano tę misję. Rozpoczęła się walka o sprowadzenie kosmonauty na Ziemię. Walka przegrana – 24 kwietnia 1967 roku, po ponad dobie lotu i wykonaniu 18 okrążeń, Sojuz 1 zaczął schodzić do lądowania. O godzinie 3:22 czasu uniwersalnego kapsuła powrotna, na skutek awarii systemu spadochronów, roztrzaskała się ok. 445 kilometrów na wschód od miasta Orsk. Władimir Komarow poniósł śmierć na miejscu, stając się pierwszym człowiekiem, który zginął w trakcie misji kosmicznej.

Tragedia „Rubina” była szokiem nie tylko dla Rosjan, ale dla całego świata. Prace nad radzieckim programem kosmicznym zostały wstrzymane, Sojuza 2 rozebrano na kawałki, znajdując w nim te same usterki, które doprowadziły do katastrofy „jedynki”. Sprzęt wrócił na warsztat, a Rosjanie przez półtora roku nie latali na orbitę. Dopiero rok 1968 przyniósł kolejne osiągnięcia – w październiku, w misji Sojuz 3, kosmonauta Gierogij Bieriegowoj miał na orbicie połączyć się z bezzałogowym tym razem Sojuzem 2. Manewr jednak nie powiódł się – Sojuz 3 zbliżył się Sojuza 2 na odległość około metra, lecz nie doszło do cumowania statków, za co winą obarczono pilota. Konstantin Feokistow stwierdził, że Bieriegowoj popełnił „najstraszliwszy błąd”, gdy nie zwrócił uwagi na fakt, że Sojuzy 3 i 2 obrócone były względem siebie o 180°, co spowodowało niemożność właściwego połączenia [4]. Opinia publiczna jednak nie dowiedziała się nic z tych rzeczy – misję, jak zwykle, przedstawiono jako sukces. Niepowodzenie było dla Związku Radzieckiego ciosem – USA przeprowadziło udane manewry dokowania z bezzałogowym obiektem Agena już w 1966 roku, w trakcie misji Gemini VIII.

Rok 1968 był feralny dla Rosjan także z dwóch kolejnych powodów: 27 marca w niewyjaśnionej dotąd w pełni katastrofie lotniczej zginął Jurij Gagarin – ikona radzieckiego programu kosmicznego, legendarny pierwszy kosmonauta, Bohater Związku Radzieckiego. Koniec roku przyniósł kolejny cios – 21 grudnia wystartowała misja Apollo 8. W trakcie lotu astronauci Borman, Lovell i Anders jako pierwsi w historii weszli na orbitę Księżyca, okrążyli naszego naturalnego satelitę i bezpiecznie wrócili na Ziemię. Rosjanie, wcześniej dzierżący palmę pierwszeństwa w wyścigu kosmicznym, obecnie przegrywali już na całej linii. Szans na przegonienie imperialistów w locie na Łunę praktycznie nie było – ani rakieta N1, sama w sobie konstrukcja wadliwa i katastrofalnie skomplikowana, a przez to zawodna, ani lądowniki ŁK i Zond nie nadawały się jeszcze do lotów załogowych.

Problemu programu księżycowego i tarcia różnych frakcji partyjnych i wojskowych spowodowały skupienie się na lotach do baz orbitalnych, które rozwijano od w1964 roku w ramach wojskowego  programu Ałmaz przez biuro konstrukcyjne OKB-52. W sierpniu 1969 roku opracowana dotąd technologia została przejęta przez OKB-1 i na jej bazie stworzono cywilny, naukowy program Salut. Zanim to jednak nastąpiło, ZSRR potrzebował spektakularnego sukcesu. Takim sukcesem była przeprowadzona w styczniu 1969 roku misja Sojuz 4 / Sojuz 5.

Laboratorium orbitalne o czterech przedziałach

Przygotowania i testy do misji dokowania na orbicie rozpoczęto dużo wcześniej. W 1967 roku wysłano w kosmos dwa Sojuzy, pod charakterystycznymi dla radzieckiego programu nazwami kodowymi Kosmos – były to odpowiednio Kosmos 186 i 188. Celem był test automatyki cumowania, który powiódł się jedynie częściowo – statki wprawdzie połączyły się fizycznie z pomocą mechanizmu cumującego, ale pozostał prześwit między kołnierzami dokującymi, co uniemożliwiło połączenie systemów elektrycznych, tzw. twarde cumowanie. Dodatkowo Kosmos 186 w wyniku awarii czujnika położenia słońca i gwiazd (podobna miała miejsce w locie Komarowa) wylądował balistycznie. Kosmos 188 natomiast został zdalnie zniszczony, kiedy okazało się, że może wylądować na terytorium ChRL. Testy powtórzono w kwietniu 1968 roku z pojazdami Kosmos 212 i 213. Tym razem misja udała się całkowicie, a statki osiągnęły pełne połączenie. Dla inżynierów i wielu kosmonautów było to zielone światło do misji załogowej, którą miano zrealizować w lotach Sojuz 2 i Sojuz 3. Nie doszło jednak do tego, ze względu na zastrzeżenia dotyczące systemu spadochronów, który nie wystarczyłby do lądowania kapsuły wraz z trójką ludzi na pokładzie. Wasilij Miszin, od 1966 szef radzieckiego programu kosmicznego, proponował redukcję załogi. Mścisław Kiełdysz, szef Radzieckiej Akademii Nauk, sugerował, że sprzęt w ogóle nie nadaje się do lotów załogowych, co pokazała tragedia Komarowa. W maju 1968 roku Miszin zdecydował się na kompromis, którym była wspomniana misja Giergija Bieregowoja – samotny lot i połączenie z bezzałogowym pojazdem, która jednak okazała się nieudana.

Dmitrij Ustinow, późniejszy Minister Obrony Związku Radzieckiego, który w tamtych latach był członkiem Politbiura, odpowiedzialnym za rozwój techniki bombowców i międzykontynentalnych systemów balistycznych, zasugerował, że do przeprowadzenia spaceru kosmicznego koniecznych jest dwóch ludzi. Bazując na doświadczeniach Aleksieja Leonowa, który z trudem wrócił do śluzy Woschoda 2, z powodu problemów ze skafandrem, dowodził, że jeden kosmonauta ponosi zbyt wielkie ryzyko w przypadku jakichkolwiek problemów z transferem między pojazdami.

Początkowo zaproponowano wysłanie dwóch załóg dwuosobowych, co pozwoliłoby zmniejszyć niebezpieczeństwo związane ze spadochronami. Ostatecznie problemy te jednak zostały rozwiązane przez radzieckich inżynierów i projektantów we wrześniu 1968 roku i misja trzyosobowa dostała akceptację.

Plan misji był zasadniczo identyczny jak w pierwotnej wersji zakończonego tragicznie lotu Komarowa. Dwa statki Sojuz miały spotkać się na orbicie, a następnie dokonać transferu załogi. Dokować miano automatycznie, z wykorzystaniem systemu Igła, przetestowanego wcześniej w lotach bezzałogowych – chociaż decyzja ta nie spotkała się z entuzjazmem kosmonautów. Jako pierwszy polecieć miał samodzielnie Władimir Szatałow. Jego trzej koledzy mieli wystartować dwie doby później, co pozwoliłoby samotnemu kosmonaucie na przyzwyczajenie się do warunków lotu w stanie nieważkości i na najwyższą gotowość. Start zaplanowano na 13 stycznia 1969 roku, co więcej – w poniedziałek. Rosjanie zaś datę poniedziałek trzynastego uważają za feralną, podobnie, jak Polacy – piątek trzynastego. W dodatku Szatałow miał zostać trzynastym radzieckim kosmonautą. Jednak ZSRR było krajem ludzi światłych, wolnych od przesądów i religii, krajem wiedzionym przez światło rozumu, więc ani pilot ani obsługa misji nie przejmowali się zbiegiem pozornie pechowych liczb. Dużo większym zmartwieniem była dla nich grudniowa informacja o powodzeniu misji Apollo. „My tu debatujemy po raz dziesiąty, a Amerykanie orbitują nad Księżycem!” – wykrzyknął w pewnym momencie Władimir, kiedy spierali się z zaleceniem generała Nikołaja Kamanina, aby lot odbywał się w trybie automatycznym. Zarówno pilot Sojuza 4 jak i jego koledzy z Sojuza 5 byli przekonani o tym, że mają potrzebne wyszkolenie i umiejętności, aby dokowanie przeprowadzić ręcznie.

Niezależnie jednak od tego, czy ktoś w ekipie był przesądny, czy nie, okazało się, że misja, której start wyznaczono dodatkowo na godzinę 13:00 nie ma szans oderwać się od pola startowego. Na zewnątrz panowała temperatura -24°C, rakietą R-7 targały silne podmuchy wiatru. Ostatecznie, na dziewięć minut przed odpaleniem silników odkryto problem z żyroskopami rakiety i start przerwano. Był to pierwszy taki przypadek od początku radzieckiego programu kosmicznego. Przez następne dwie godziny Szatałow leżał w fotelu przedziału załogowego swojego Sojuza, aż podjęto ostateczną decyzję o odwołaniu startu, ze względu na problemy z utrzymaniem parametrów paliwa zależnych od temperatury, oraz czasu trwania misji. Kosmonautę wyciągnięto z kapsuły i odesłano do kwater.

W tym samym czasie nadal trwała nad ożywiona dyskusja nad sposobem dokowania. Minister Przestrzeni Kosmicznej Sergiej Afanasjew wraz z Dmitrijem Ustinowem nadal nalegali na użycie systemu Igła. Ostatecznie jednak Wasilij Miszin, mimo swojego zaufania do techniki i faworyzowania automatów, wydał pilotowi Sojuza 4 zgodę na dokowanie ręczne. Potwierdził ją Nikołaj Kamanin, który jednak w rozmowie z Szatałowem zastrzegł, że należy natychmiast przełączyć się na automatykę, gdyby tylko pojawiły się jakiekolwiek problemy.

14 stycznia 1969 roku, o godzinie 10:30 czasu moskiewskiego samotny kosmonauta zasiadł ponownie za sterami. Wykryto wtedy w systemach R-7 usterkę, którą usunąć można było jedynie opuszczając rakietę po pozycji poziomej, lecz nim podjęto decyzję o ponownym odwołaniu startu nieznany z imienia technik ze stanowiska startowego, rozebrawszy się prawie do naga na trzaskającym mrozie przecisnął się przez włazy techniczne rakiety i ręcznie naprawił uszkodzenie. Szatałow wreszcie wystartował. W sześć godzin później przeprowadził transmisję telewizyjną z wnętrza modułu załogowego. Zaprezentował m.in. dwa puste fotele, czekające na kolegów, którzy mieli dopiero wystartować. Następnie przeszedł do modułu orbitalnego i zapadł w sen.

Rankiem 15 stycznia z Bajkonuru wystartowała druga rakieta R-7, wynosząc na orbitę statek Sojuz 5. Jego pilotem był Borys Wołynow, a towarzyszyli mu inżynier lotu Aleksiej Jelisiejew i badacz-kosmonauta Jewgienij Chrunow. Start nie odbył się bez przeszkód – niespełna pół godziny przed odpaleniem zawiódł jeden z komponentów elektrycznych, został jednak na miejscu wymieniony przez obsługę kompleksu startowego. Tuż po godzinie 10:00 Sojuz 5 wszedł na orbitę Ziemi zgodnie z planem i według zaplanowanej trajektorii, podążając w kierunku odległego o 1200 kilometrów Sojuza 4. Wkrótce załogi – o kodach wywoławczych odpowiednio „Amur” dla Szatałowa i „Bajkał” dla Wołynowa – nawiązały łączność radiową. Załoganci Sojuza 5 wieźli ze sobą także prasę i listy dla Szatałowa – element propagandy sukcesu, która miała pokazać swobodę Rosjan w podboju kosmosu.

Rankiem 16 stycznia pilot Sojuza 4 rozpoczął ostatnie manewry przed dokowaniem. O 10:37 Szatałow uruchomił Igłę, której działanie zakończył o 11:05. Statki znajdowały się wtedy w odległości 40 metrów i przelatywały nad Afryką. Opierając się na wskazaniach przyrządów i kontakcie optycznym, rozpoczęli z Wołynowem manewry, mające na celu ustalenie właściwego położenie Sojuzów. Posiłkując się systemami kamer telewizyjnych, zbliżali się z prędkością kilku centymetrów na sekundę. Kontakt nastąpił o 11:20. Systemy zaskoczyły, nastąpiło połączenie mechaniczne, a następnie elektryczne. Jednemu z kosmonautów wyrwała się uwaga, przechwycona przez Centrum Kontroli Lotów w Eupatorii na Krymie, gdy sonda Sojuza 4 weszła w stożek dokujący Sojuza 5 – „Zostaliśmy zgwałceni!”. Do dziś nie ustalono, czy autorem niewczesnego komentarza, podyktowanego nadmiernym podnieceniem,  był sam Wołynow, czy raczej badacz Chrunow.

Udane dokowanie było niezwykłym sukcesem – pierwszym prawdziwie ważnym osiągnięciem radzieckiej kosmonautyki od czasu spaceru kosmicznego Aleksieja Leonowa. Zostało też natychmiast zaanonsowane przez agencję Tass, która ogłosiła powstanie na orbicie „laboratorium kosmicznego o czterech przedziałach”. Wielu komentatorów zwróciło uwagę, że mówienie o dwóch połączonych pojazdach Sojuz jako o jednym laboratorium orbitalnym jest sporym nadużyciem. Deke Slayton, który w 1975 roku poleciał we wspólnej z Rosjanami misji Apollo-Sojuz (razem z weteranem Leonowem), uznał to określenie za „pewne nadużycie”, mające zdyskontować przygotowywaną misję Apollo 9 [5]. Mimo poważnych zastrzeżeń co do natury transferu (chociaż media ZSRR podały, że wybór spaceru kosmicznego jako sposobu na przejście z Sojuza 5 do Sojuza 4 był celowy, na zachodzie szeroko komentowano możliwość transferu wewnątrz połączonych statków, podobnie, jak zaplanowano to w misji Apollo 9) szybko podniesiono pytanie, co będzie następnym krokiem? Czy będzie nim większa, pozwalająca na lepszą pracę, „prawdziwa” stacja kosmiczna?

Na orbicie tymczasem Chrunow i Jelisiejew rozpoczęli przygotowania do spaceru kosmicznego. W odróżnieniu od Leonowa, który wyszedł w próżnię w kombinezonie Bierkut (ros. Беркут- Orzeł przedni), używali nowych modeli, nazwanych Jastrieb (ros. Ястреб – Jastrząb). Była to nowoczesna, zaprojektowana na podstawie poprzednich doświadczeń konstrukcja – bardziej elastyczna, wygodniejsza; przeprojektowano także systemy podtrzymywania życia, które można było umieścić na plecach lub na piersi, pozwalając na większą swobodę ruchów kosmonauty. Operacją ubierania kierował Chrunow, ze względu na swoje doświadczenie. Był dublerem Leonowa w 1965 roku i najlepiej radził sobie podczas wielokrotnych praktycznych ćwiczeń w stanie krótkotrwałej nieważkości na pokładzie samolotu ćwiczebnego. W południe czasu moskiewskiego, 16 stycznia 1969 roku wraz z Jelisiejewem zakończyli nakładanie skafandrów i otworzyli właz rozhermetyzowanego przedziału orbitalnego Sojuza 5. Borys Wołynow pozostał szczelnie zamknięty w kapsule załogowej. Chrunow, jako pierwszy, wyszedł przez otwarty właz o 12:43.

Operacja nie przebiegła do końca płynnie. Najpierw jeden z przewodów powietrznych Chrunowa splątał się i odciął system wentylacyjny skafandra. W efekcie, Jelisiejew, zajęty pomaganiem towarzyszowi, zapomniał ustawić na kadłubie i uruchomić kamerę telewizyjną, którą miał rejestrować całą operację. Na szczęście Chrunow zamontował na poszyciu aparat fotograficzny, dzięki któremu udało się zrobić dokumentację spaceru. Skafandry, zgodnie z wyrażoną później przez kosmonautów opinią, spisywały się bez zarzutu – wszystkie systemy działały sprawnie, spełniając swoje zadania w warunkach bojowych bez uchybień. Chrunow wydostał się na zewnątrz i posługując się naprzemiennie rękoma poruszał się wzdłuż zainstalowanych na kadłubach relingów tak, jakby przeciągał się po linie. W jego ślady w zimną próżnię kosmosu wyszedł Jelisiejew, posuwając się zaraz za kolegą. Szatałow w tym czasie automatycznie otworzył właz w swoim pojeździe. Cały spacer trwał ok. 45 minut i o 13:30 kosmonauci byli już we wnętrzu modułu orbitalnego Sojuza 4. Przedział został zahermetyzowany, otwarto połączenie z lądownikiem i wkrótce „spacerowicze” dołączyli do swojego kolegi pilota.

W cztery godziny i trzydzieści pięć minut od dokowania, o godzinie 15:55 zwolnione zostały węzły cumownicze i Sojuzy rozdzieliły się. Boris Wołynow uruchomił silniki korekcyjne i odsunął się od drugiego pojazdu. Kolejny wielki krok na drodze do opanowania kosmosu przez człowieka został postawiony – dokonano wymiany załóg statków pozostających na orbicie. Cała operacja, w tym manewry Szatałowa, odpowiedzialnego za dokowanie, zostały uznane za majstersztyk. Pilot Sojuza 4 spędził w kosmosie niespełna trzy doby, zaś jego koledzy – po 48 godzin. Niezwłocznie przystąpili do manewrów zmierzających do lądowania i o godzinie 9:53 17 stycznia 1969 roku przyziemili na południowy zachód od Karagandy na terenie Kazachskiej SRR. Mimo niesprzyjających warunków pogodowych – w okolicy szalała burza śnieżna, temperatura oscylowała wokół niespełna -40°, na ziemi zaś leżała gruba pokrywa śniegu – lądowanie odbyło się bez przeszkód, a kosmonauci zostali błyskawicznie podjęci przez śmigłowce.

W Związku Radzieckim odtrąbiono wielki sukces. Na orbicie pozostał tymczasem Borys Wołynow, który miał lądować następnego dnia. Po udanym powrocie Sojuza 4 liczono, że będzie to operacja rutynowa. W rzeczywistości sprawy potoczyły się zupełnie inaczej.

Załogi Sojuza 4 i Sojuza 5 (źródło: Fototelegraf)

Tragiczny powrót

W Eupatorii trwała euforia, kiedy nagle, rankiem następnego dnia, do wszystkich dotarło, że powrót Borysa Wołynowa nie będzie wcale taki prosty. Pierwszy problemem okazał się prąd powietrzny o charakterze antycyklonu, zbliżający się do miejsca przewidywanego lądowania oraz temperatura, oscylująca wokół -35°C. Drugim były problemy Wołynowa na pokładzie Sojuza 5 – poinformował Centrum Kontroli Lotów, że nie jest w stanie przeprowadzić koniecznych do deorbitacji manewrów w przewidzianym czasie dziewięciu minut. Mimo tych zastrzeżeń, autoryzowano wykonanie manewrów, lecz nie przyniosły pożądanego skutku. Do statku przesłano dane, mające wykonać manewr automatycznie w czasie kolejnej orbity.

Manewr deorbitacji rozpoczęto o 10:26 nad Zatoką Gwinejską. Obsługa Centrum Kontroli Lotów w Eupatorii na Krymie błyskawicznie zorientowała się, że coś jest nie tak – statkiem bardzo rzucało. W tym momencie nikt nie wiedział jeszcze, co jest przyczyną problemów. Za kłopoty odpowiadał przedział narzędziowy. W czasie normalnego przebiegu lądowania, w kilka sekund po odpaleniu impulsu hamującego odstrzeliwane są pirotechniczne ładunki, oddzielające lądownik od znajdującego się w tylnej części Sojuza modułu serwisowego. W przypadku lotu Sojuza 5 do oddzielenia nie doszło. Sytuacja taka zresztą przytrafiła się potem w historii programu Sojuz jeszcze dwukrotnie, w czasie lotów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Po tych wypadkach ostatecznie przeprojektowano system odrzucania modułu.

Tymczasem jednak był 18 stycznia 1969 roku i zarówno Borisowi Wołynowowi, jak i znajdującemu się w Eupatorii Miszinowi oraz całej obsłudze przed oczami stanęła tragiczna śmierć Komarowa sprzed półtora roku. Ze względu na położenie środka ciężkości w niewłaściwie wchodzącym w atmosferę pojeździe, ustawił się on przodem lądownika ku Ziemi. Znajduje się tam właz, łączący przedział załogowy z przedziałem orbitalnym. Tymczasem u podstawy lądownika, do której nadal przylegał moduł serwisowy, znajduje się tarcza ablacyjna, która ma umożliwiać przechodzenie przez atmosferę. Ta piętnastocentymetrowej grubości płyta zdolna była wytrzymać temperatury rzędu 5000°C, powstające wskutek tarcia pojazdu o gęstniejącą atmosferę, podczas gdy sam kadłub lądownika pokryty był zaledwie trzema centymetrami materiału ablacyjnego – kilkukrotnie za mało, aby ochronić kadłub przed niszczącym żarem. Taka konfiguracja Sojuza w trakcie deorbitacji musiała zakończyć się zniszczeniem poszycia i śmiercią pilota.

Wołynow szybko zorientował się w sytuacji, wyglądając przez bulaj – zobaczył za nim panele słoneczne, które powinny były odpaść wraz z modułem serwisowym. Kiedy przekazał te wieści do CKL, zapadła tam grobowa cisza – nikt nie miał wątpliwości, że lądowanie nie może zakończyć się szczęśliwie. Plotka głosi, że jeden z obecnych wojskowych zaczął od razu zbierać do czapki pieniądze dla rodziny kosmonauty [6].

Sojuz mknął ku Ziemi z ogromną prędkością. Uszczelki włazu dzielącego lądownik od modułu orbitalnego zaczęły się palić w wyniku tarcia, do środka kabiny przedostawał się toksyczny dym. Przeciążenie, wynoszące dziewięciokrotnie więcej, niż normalne ciążenie ziemskie, praktycznie wyrywało pilota z fotela, w który w trakcie normalnego lądowania powinien być raczej wciskany. W trakcie normalnego lądowania, gdyby kapsuła obróciła się tarczą ablacyjną w stronę Ziemi. Mając świadomość, że prawdopodobnie przeżywa ostatnie minuty życia, Boris Wołynow powtarzał pod nosem „bez paniki” i składał bez przerwy raporty kontroli naziemnej. Wkrótce poczuł, że temperatura w kabinie gwałtownie wzrasta, a za oknami lądownika zobaczył płomienie ogarniające Sojuza 5. W desperacji wyrwał kilka ostatnich kartek z dziennika lotu i ukrył je pod kombinezonem, w nadziei, że w ten sposób ocali je od spalenia.

W pewnej chwili zbiorniki z paliwem, znajdujące się w sekcji narzędziowej eksplodowały w wyniku warunków panujących na zewnątrz pojazdu. Sojuz zadygotał, koziołkując. Właz na szczycie lądownika rozgrzał się i wgiął do wnętrza pod naporem mas atmosfery. Wreszcie sponiewierany, udręczony metal poddał się i moduł serwisowy z łoskotem oderwał się od lądownika, uwalniając tarczę ablacyjną. Po tak gwałtownej zmianie środka ciężkości kapsuła obróciła się raptownie, ustawiając się we właściwej pozycji – wyrok śmierci wydany na kosmonautę został na moment odroczony. W rzeczywistości jego sytuacja nie była dużo lepsza – statek schodził zbyt szybko, pod niewłaściwym kątem i praktycznie bez kontroli. Koziołkował i trząsł się, pędząc po krzywej balistycznej. Pod wpływem ogromnej temperatury i sił działających na Sojuza doszło do splątania linek spadochronu, wskutek czego otworzył się on jedynie częściowo. Dodatkowo tuż przed lądowaniem zawiodła jedna z retrorakiet, odpowiedzialnych za ostateczny impuls hamujący, wskutek czego „Bajkał” przyziemił z prędkością o wiele przewyższającą wszelkie bezpieczne wartości.

O godzinie 11:08 lądownik Sojuza 5 uderzył o ziemię niedaleko Orenburga na Uralu, o kilkaset kilometrów od przewidzianego miejsca lądowania. Wołynow został dosłownie wyrwany z uprzęży i uderzył twarzą o konsoletę, wybijając sobie kilka zębów. Przeżył półgodzinny, piekielny lot i spoczywał teraz w ciszy i chłodzie, gdzieś w górach. W myślach cieszył się z tego, że w ostatniej chwili wymknął się objęciom śmierci. Cieszył się do chwili, gdy udało mu się otworzyć właz i wyjść na zewnątrz.

Temperatura powietrza w rejonie wynosiła ok. -40°C, ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Szybka ocena sytuacji pozwoliła Wołynowowi zorientować się, że na ekipy ratunkowe przyjdzie mu poczekać co najmniej kilka godzin. Miał do wyboru zostać w zimnej kapsule, co równało się praktycznie pewnej śmierci w wyniku hipotermii, lub podjąć ryzyko i szukać ratunku gdzie indziej. Plując krwią, ubrany w niezapewniający ochrony kombinezon pokładowy, ruszył w kierunku widocznego na horyzoncie dymu. Zapukał do chaty uralskiego wieśniaka i poprosił o schronienie. Roztrzęsiony, wciąż w fizycznym i psychicznym szoku wymamrotał jedynie krótkie pytanie: „Czy ja osiwiałem?”.

W kilka godzin później na miejsce dotarły śmigłowce ekipy ratunkowej, a medycy i ratownicy po zbroczony krwią śladach na śniegu odnaleźli niefortunnego zdobywcę kosmosu i zabrali do cywilizacji. Wydarzenia związane z tragicznym lotem Wołynowa zostały ujawnione dopiero w 1996 roku, po odtajnieniu części radzieckich archiwów przez Rosję. Cała prawda o dramatycznym lądowaniu pilota Sojuza 5 i przyczynach awarii wyszła na jaw dopiero po identycznej awarii Sojuza TMA-10 w 2007 roku, kiedy to ostatecznie przeprojektowany systemy rozdzielania modułów statku.

Powitanie bohaterów

Kosmonauci, już we czwórkę, wrócili bez większych komplikacji do Moskwy. Na miejscu doszło do jeszcze jednego, feralnego incydentu. Po powitaniu przez Leonida Breżniewa na lotnisku Wnukowo-2 bohaterowie zostali przewiezieni na Kreml, gdzie mieli odebrać odznaczenia za udany lot. W limuzynie znajdowali się czterej członkowie misji: Szatałow, Wołynow, Jelisiejew i Chrunow oraz weteran poprzedniej misji, Gieorgij Bieriegowoj [7]. W trakcie przejazdu przez miasto, samochód został ostrzelany przez chorążego Wiktora Iljina, dezertera, który planował zamach na Breżniewa, lecz przez przypadek ostrzelał Ziła-111G z kosmonautami. W wyniku zamachu śmierć poniósł kierowca, zaś Bieriegowoj został poraniony odłamkami szkła [8].

Misja Sojuza 4 i Sojuza 5 była wielkim sukcesem nie tylko propagandowym. Uprzedzając amerykański lot Apollo 9, pokazała, że Rosjanie są wstanie wykonać dokowanie na orbicie i transfer załogi – czynności niezbędne do przeprowadzenia lotu na Księżyc, w trakcie którego radziecki kosmonauta miałby przejść ze statku załogowego na pokład lądownika księżycowego właśnie w sposób, w jaki dokonano wymiany załóg między „Amurem” i „Bajkałem”. Podtrzymywana przez radzieckie media wersja o „laboratorium orbitalnym” otworzyła także drogę do otwartego mówienia o prawdziwych stacjach kosmicznych, nad którymi wojsko pracowało od kilku lat. Chwilowo utracone prowadzenie wprawdzie nie zostało odzyskane, ale ZSRR odrobiło sporo straty do USA w wyścigu w kosmos.

autor: Bartek Biedrzycki
ilustracja nagłówka: Alexei Leonov

PRZYPISY:

  1. D. E. Beischer, A. R. Fregly, Animals and man in space, A chronology and annotated bibliography through tile year 1960, „ONR Rep. ACR-64 (USNSAM Monograph 5)”, 1961. Office of Naval Research, Department of the Navy (ang.).
  2. Wypowiedź z filmu „Wremia pierwych” Jurija Bykowa.
  3. С. Шамсутдинов, Легендарный корабль “Союз”, w: Новости космонавтики nr 4/2002 (ros.).
  4. R. Hall, D. Shayler, Soyuz: A Universal Spacecraft, Springer Praxis Books 2003, ISBN 978-1-85233-657-8 (ang.).
  5. D. Slayton, M. Cassut, Deke ! U.S. Manned Space From Mercury To the Shuttle, Forge Books 1994, ISBN 978-03-1285-918-3 (ang.).
  6. Is My Hair Gray?”: The Story of Soyuz 4 and 5 (Part 2), B. Evans, w: America Space, 06-01-2014 (ang.).
  7. Według innego źródła, pasażerami Ziła byli Gieorgij Bieriegowoj, Aleksiej Leonow, Andrijan Nikołajew i Walentina Tierieszkowa.
  8. ZiŁ-111G/111D, Awtolegiendy SSSR, nr 29, DeAgostini 2010, ISSN 2071-095X (ros.).

Bartek Biedrzycki: Mieszkający w Konstancinie-Jeziornie polski scenarzysta, wydawca i publicysta komiksowy, podcaster, autor fantastyki. Pod wieloma względami jest reliktem. Urodził się w latach 70., ale ludowa rzeczywistość, do której wychowywano go w latach 80. nigdy nie nadeszła. Grał w gry na 8-bitowym Atari, a klocki Lego znał głównie z Pewexu. Był nauczycielem i żołnierzem, pracował w nocnych klubach i telewizji, w końcu rzucił wszystko i poszedł robić do prywatnej korporacji. Fantastykę poznał dzięki przygodom pilota Pirxa, ale zaczytywał się także w wielotomowych sagach fantasy. Zanim zaczął publikować książki, pisał i wydawał komiksy, zajmował się publicystyką oraz nagrał kilkaset audycji mówionych. Lubi mięso, robienie zdjęć i rozbiórki mostów drogowych.

1 Odpowiedź

  1. Survive pisze:

    Jak zwykle artykuły Pana Bartka to klasa sama w sobie.
    Ciekawe! Jest szansa na więcej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.