Postęp czy Zmiany?

Nie pamiętam dokładnie jak w szkole podstawowej reklamowano kulturalne zachowanie, ale pamiętam, że przeciwstawiałem mu znajomość techniki. Dlaczego? Miałem dość szybko w życiu doświadczenia przekonujące mnie, że wiedza, który przewód jest „na fazie” może uratować życie. Nieznajomość zasad zachowania się, w moim przekonaniu, w najgorszym przypadku groziła obiciem gęby, co w porównaniu ze złapaniem niewłaściwego przewodu można uznać za drobną niedogodność.

Minęło trochę lat i natrafiłem na termin „kultura techniczna”, który dał mi wiele do myślenia, lecz chyba tak naprawdę, po czasie zaczęła do mnie docierać waga owego kulturalnego zachowania się. Mnie fascynowały urządzenia, zaś moi nauczyciele chyba wiedzieli, że najważniejsze jest, by nikt nie miał przekonania, że jest mądrzejszy i ma prawo nie szanować innych, a co za tym idzie, na przykład narzucać im co ich powinno zajmować. Po chaosie wojny ludzie widzieli, że by cokolwiek działało i się rozwijało niezbędna jest harmonia między ludźmi i że to o nią, a nie o pomysł jakiej zębatki użyć, jest najtrudniej.

Nie odpowiem chyba w użyteczny sposób na pytanie, czym jest postęp. Można natomiast napisać całkiem sporo o tym, w jakich okolicznościach zachodzą zmiany, które powodują, że ludzie odczuwają polepszenie jakości życia.

Mam proste domniemanie, dlaczego moi nauczyciele tak podkreślali rolę kulturalnego zachowania. Ich życie zniszczyło coś, co utożsamiają z postępem technicznym, a co miało najwyżej taki z nim związek, że dzięki wynalazkom zbudowano czołgi i bombowce. Oni rozumieli, że wojnę wywołała nieumiejętność zachowania się mnóstwa ludzi. Można przedstawić takie „uogólnione spojrzenie”, oczywiście to dramatyczne uproszczenie, że akceptacja zasady rozpychania się łokciami sprowadziła na Europę chyba największe nieszczęście w jej historii.

Tło historyczne

Jak mi się zdaje, w rejestrze ludzkich odkryć czy epokowych wynalazków, takich jak „koło”, nie ląduje coś takiego jak „rozejm”. Owszem, nie wykluczone, że powinno ponieważ miało charakter, powiedzmy sobie, o wiele bardziej techniczny, nawet matematyczny, niż humanistyczny. Nie wiemy na pewno, czy bitwa pod Kadesz miała miejsce w roku 1274 p.n.e.  Tym bardziej nie wiemy, co siedziało w głowach ówczesnych władców, nie wiemy wreszcie, które źródła historyczne są coś warte, a które jedynie wojenną propagandą. Długo uważano bitwę za wielkie zwycięstwo Egipcjan, bo praktycznie jedyne relacje o niej, to płaskorzeźby ze świątyń w Ramesseum, Karnaku, Luksorze, Abydos i Abu Simbel. Dziś o zwycięskim faraonie prof. dr hab. Piotr Taracha mówi: „był fatalnym wodzem, a po Kadesz w ogóle przestał wojować” [1].

Wygląda to tak, że dwóch władców: Ramzes II i Muwatallis II pod Kadesz dało sobie niezłe wciry. Po kilkunastu latach zawarto pierwszy znany w historii traktat pokojowy, kopia glinianej tabliczki z jego tekstem ma się znajdować w ONZ. Zapewne ów traktat zawarto pomiędzy Ramzesem II Wielkim i Hattusilisem III – Wielkim Władcą Hetytów. Domyślamy się dat, stron konfliktu, przebiegu. Do roku 1930 znaliśmy jedynie egipską wersję opowieści. Bardzo wiele rzeczy jest wątpliwych.

Zaobserwowałem, że choć historycy nadają temu zdarzeniu tak znaczne miejsce, przez fakt zawarcia na skutek mediacji traktatu, który miał zakończyć konflikty obu stron, to gdy trafiamy na jakieś popularne artykuły o tym zdarzeniu, największą ich część zajmuje opis bitwy, który moim zdaniem powinien być potraktowany z dużym dystansem. Tło polityczne, późniejsze manewry obu stron, zmiana ich pozycji, które w rezultacie prowadzą je do desperackiej decyzji, choć kluczowe, to jednak wydają się tak mało atrakcyjne dla czytelnika, że lepiej je pominąć.

Desperację, według mnie, da się odczytać z dość monumentalnej formy zachowanych tekstów. Strony decydują się wezwać swych bogów, by srodze kogoś pokarały, a najlepiej tę przeciwną stronę układu, gdyby został on złamany. Widać źle skrywaną wzajemną nieufność. Można się też dopatrzeć irytacji tym, że los zmusza wojowników do odłożenia broni. Niewątpliwie zawarciu pokoju towarzyszyło dramatyczne doświadczenie. Wojny trwały pewnie około ćwierć tysiąclecia, zaś ich wynik dla obu stron był bardzo przygnębiający: „tamtych” nie da się wyrżnąć do nogi.

Tak wygląda techniczna podstawa przekonania o konieczności pokojowej koegzystencji narodów na Ziemi. O ile nie mam danych dotyczących tego jak rozwiązywano konflikty dużo wcześniejsze, to można powiedzieć, że z pewnością wycięcie w pień grupy liczącej kilkudziesięciu nieszczęśników było prawdopodobne. No i okazało się, że wzrost dobrobytu, cywilizacyjny postęp ludzkości, w lwiej części niemożliwy bez zwyczajnego zwiększenia się liczby przedstawicieli gatunku, wymusza pogodzenie się z tym, że żyją sobie jacyś odmienni w wyglądzie, obyczajach i przynależności organizacyjnej „tamci”.

Do dzisiaj bardzo wielu ludzi nie jest w stanie się pogodzić z techniczną częścią odkrycia dokonanego w czasach bitwy pod Kadesz: warunki na świecie tak się zmieniły, że każdy konflikt może się przerodzić w nieszczęście dla obu stron. W tym kontekście mówi się o innym, czysto technicznym osiągnięciu ludzkości – bombie atomowej. W czasach zimnej wojny obie strony warczały na siebie, obie usiłowały uzyskać przewagę, ale nie doszło nigdy ani razu do poważnych starć głównych uczestników konfliktu: ZSRR i USA. To była chwila, gdy decydenci doceniali doświadczenia spod Kadesz. O ile pamiętam, to w tamtych czasach kopię glinianych tabliczek umieszczono na poczesnym miejscu w siedzibie ONZ.

Powiedziałbym, że ludzkość jako całość osiągnęła poziom rozwoju, który dla poszczególnych ludzi jest nieosiągalny. Mamy całkowitą pewność, że organizacja światowej społeczności musi zostać oparta na dobrowolności, że przymus prowadzi w ostatecznym rozrachunku do strat dla wszystkich. Dodam, że owo przekonanie to wynik chłodnych technicznych kalkulacji oraz strachu (jeszcze w siedemdziesiątych latach XX wieku, choćby w centrum Wrocławia oglądaliśmy ruiny z II wojny światowej), a nie wzniosłych rozważań nad człowieczeństwem. Co ciekawe, postęp w wielu gałęziach techniki doprowadził do niepotrzebnych użytkownikowi, niejasnych, a nawet bezsensownie zaawansowanych rozwiązań.

Postęp dla postępu?

Entuzjasta fotografii patrzy na postęp raczej tradycyjnie, technicznie, tak jak rozumiemy to słowo mówiąc na przykład, że nastąpił postęp w dziedzinie budowy teleobiektywów. Dziś fotograf amator raczej przegląda w internecie oferty, niż idzie do sklepu, ale chce nabyć coś, co w powszechnym mniemaniu zwiększa jego możliwości fotografowania. No i tu mamy niuans: ktoś obserwujący z zewnątrz, ewentualnie przysłuchujący się dyskusjom lub zaglądający na fora fotograficzne, gdzie toczą je owi entuzjaści, może być chyba przekonany, że zakup został znakomicie przemyślany, jest celowy, nabywca doskonale wie, co chce osiągnąć.

Otóż nie. Bardzo często pojawiają się innowacje, których przydatność jest trudna do oceny. Dobrym przykładem do rozważań może być stabilizacja obrazu. Urządzenie za nią odpowiedzialne bywa zamontowane w korpusie aparatu fotograficznego, albo w obiektywie. W aparatach wyższej klasy mamy możliwość odpięcia obiektywu i założenia innego. Owa stabilizacja pozwala na wydłużenie czasu naświetlania ponad bezpieczne wartości, co zapobiega rozmazaniu obrazu wynikającego z poruszenia aparatem w momencie gdy migawka jest otwarta. Im dłuższy mamy czas otwarcia migawki, czyli czas naświetlania, w tym większych ciemnościach można robić zdjęcia. Akurat ta innowacja wydaje się bardzo pożądana. Nie jest z tych, co jedno poprawia, a inne psuje i zwykle możemy wyłączyć układ, jeśli przeszkadza.

Jedną z takich okoliczności jest robienie zdjęć ze statywu. Stabilizacja może popsuć tzw. rozdzielczość obiektywu. Inna sprawa, że ten parametr zwykle jest mylony z ostrością zdjęć, ale przy całkowitym unieruchomieniu aparatu fotograficznego uzyskujemy zarejestrowanie największych ilości szczegółów. Gdy aparat trzymamy w ręce i mamy włączoną stabilizację, jest lepiej niż bez niej, ale to nie to samo co całkowity bezruch uzyskany przez umocowanie. Statyw jest lepszy lecz w pewnych okolicznościach owa innowacja – układ stabilizujący – wydaje się jedynym rozwiązaniem, jak w przypadku fotografii sportowej, gdzie trzeba ciągle śledzić zawodników. Bardzo często jest też zbyt słabe oświetlenie, bo zawody odbywają się w hali, albo wieczorem przy sztucznym świetle. Tam też używamy obiektywów o długich ogniskowych, które wymagają proporcjonalnie do tej ogniskowej krótszych czasów naświetlania.

Lepiej więc mieć stabilizację. Tyle, że fotograf musi wziąć jeszcze pod uwagę, że trzeba rozsądnie wydać pieniądze na sprzęt. I tu dochodzimy do odkrycia, że stabilizacja, to w gruncie rzeczy ersatz statywu. Na dodatek dość kiepski. Statyw pozwala robić zdjęcia z dowolnie długimi czasami naświetlania, nawet przez wiele godzin, czy dni. Stabilizacja zwykle nie pozwoli użyć czasów otwarcia migawki dłuższych niż 1/10 sekundy. Zależą one od ogniskowej obiektywu oraz tego jak solidnie podparty jest fotograf. Lecz jeśli trzymamy aparat w rękach, to da się przedłużyć czas otwarcia migawki nie więcej niż jakieś 8, w porywach do 16 razy, w stosunku do czasów określonych przez tzw. regułę „jeden przez ef”. Gdy mamy mocny teleobiektyw, o równoważniku ogniskowej 600mm, to bez stabilizacji powinniśmy użyć czasów nie dłuższych niż 1/600 sekundy, ze stabilizacją około 1/25 sekundy, zaś gdy mamy statyw, to czas jest dowolnie długi.

Pomimo, że mamy szereg sytuacji, w których użycie statywu jest niemożliwe, z technicznego punktu widzenia układ stabilizujący, urządzenie dość skomplikowane i wyrafinowane, to zaledwie ersatz. Jeśli dodamy, że za korpus aparatu ze stabilizacją, czasami trzeba zapłacić blisko 10 000 PLN więcej, to z praktycznego punktu widzenia, płacimy ogromne pieniądze, zamiast czasami za kilka złotych kupić zezwolenie na fotografowanie w muzeum.

Kilka razy pisałem o tym,  że stalowa strugaczka do ołówków to ersatz umiejętności używania krzemiennej. Miałem w życiu przygodę, wyłupałem sobie takową. Pochwała narzędzi kamiennych to dość frywolna interpretacja rzeczywistości, lecz naprawdę krzemienne ostrza są po prostu ostrzejsze niż stalowe. Tyle, że  łatwo je połamać. Trzeba się nauczyć posługiwać kamieniem łupanym. Można powiedzieć, że ludzie nie znaleźli do dnia dzisiejszego lepszego materiału do szczególnie trudnych prac, bo przecież powszechnie posługujemy się na przykład korundem w formie tarcz do cięcia, szlifowania,  czy osełek.

Nie można kwestionować, że opanowanie metalurgii jest jednym z najważniejszych elementów postępu. Większości otaczających nas przedmiotów nie da się wytworzyć bez technologii pozyskiwania metali. Lecz niewątpliwie, gdy ludzie zabierali się do oprawiania skór za pomocą metalowych narzędzi, godzili się, że oprawią je gorzej, niż krzemiennymi. Zapewne kompromis fotografa jest mniej dokuczliwy. On godzi się z tym, wybierając stabilizację, że części zdjęć nie zrobi. Być może przewiduje, że zmieści się w warunkach ekspozycji i tym razem statyw nie będzie potrzebny. Tym niemniej w jednym i drugim przypadku, dostaje coś za coś.

Wracając do współczesności, często widzimy sytuacje, w których producenci wciąż walczą o podniesienie osiągów urządzenia, gdy te dawno już przekroczyły potrzeby użytkownika. Oczywistym przykładem są samochody. Projektanci ciągle się chwalą maksymalną mocą silnika i prędkościami, zwykle ponad 200 km/h, gdy jeździmy w strefach zamieszkania z ograniczeniem do 30 km/h. Fotografia jest dobrym przykładem, gdzie trudno się połapać co jest naprawdę istotne. Wrażenie ostrości zdjęcia jest kombinacją rzeczywistego parametru toru optycznego, rozdzielczości oraz efektów obróbki cyfrowej, wyostrzania czyli w uproszczeniu różniczkowania obrazu, także dekonwolucji, oraz nadawania lokalnego kontrastu, nasycenia kolorów itd. Mam wątpliwości, na ile użytkownicy są świadomi faktu, że liczba megapikseli zmieszczonych na matrycy limituje rozdzielczość od góry. Tym niemniej istnieje konsumencka legenda, że im więcej megapikseli, tym lepiej.

Obecnie matryce są tak upakowane, że nawet w aparatach pełnoklatkowych ten parametr zaczyna tracić sens. Ludzkie oko widzi obraz z rozdzielczością około 5-6 megapikseli. Jest to właściwie temat na osobny duży artykuł. Jednak z technicznego punktu widzenia zarejestrowanie zdjęć z rozdzielczością odpowiadającą około 24 megapikselom wymaga już bardzo dobrej optyki, wyeliminowania poruszeń, a więc najlepiej fotografować ze statywu, używając idealnego ustawienia ostrości. W praktyce, efekt potrafi popsuć kiepska jakość optyczna powietrza (częsty problem przy fotografowaniu z teleobiektywem), ruch w kadrze, czy niedostateczna głębia ostrości.

W aparatach fotograficznych telefonów komórkowych, dziesiątki megapikseli nie mają żadnego technicznego uzasadnienia, nie ma między innymi sposobu, by zbudować odpowiednią dla nich optykę.

Czy zmiana to postęp?

Stwierdzenie, że wynalazek, który jest niemal synonimem postępu, czyli koło, było ersatzem na przykład osła może się zdawać złośliwością. Współcześnie jednak najbardziej zaawansowane technologicznie firmy działające w robotyce przechwalają się zmajstrowaniem robotów kroczących. Zapewne we wnętrzu takiej maszyny mamy mnóstwo kół i kółeczek gładkich i zębatych, lecz wydaje się to oczywiste, że istnieją potrzeby oderwania się od koncepcji koła przy budowie urządzeń transportowych.

Koło wygenerowało postęp cywilizacyjny w czasach, gdy na serio zaczęto budować drogi. Oczywiście, że współczesna infrastruktura to owoc pracy, jaki w cywilizację włożyli jeszcze Rzymianie. To, że możemy dojechać z wielkimi maszynami na budowy nowych dróg, zawdzięczamy istnieniu tych starszych. Wiemy także jak je projektować, bo przez stulecia obserwowaliśmy jak się zachowują także rzymskie drogi. Były okazje sprawdzić, ile wytrzyma trakt cienko posypany tłuczniem, i przekonać się, że ten prowadzący do Rzymu leży na wielkich głazach. Zaś koło okazało się być epokowym wynalazkiem, po setkach lat pracy przy nich. Gdy nie było równych, dobrze utrzymanych szlaków wóz był kłopotliwą namiastką większej liczby jucznych zwierząt. Potrzeba posiadania mułów czy osłów nie zniknęła do dziś, skoro z tak wielkim nakładem środków i przy użyciu zaawansowanych technologii staramy się zmajstrować ich mechaniczne odpowiedniki.

Wiele epokowych wynalazków, to w rzeczywistości namiastka czegoś innego, jak pieprz ziołowy sypany zamiast prawdziwego, czarnego. Zastępuje się coś wymagającego umiejętności czymś gorszym, ale łatwym w użyciu. Jak na przykład muszkiet wyparł łuk, bo łucznika trzeba szkolić dziesięć lat. To nieprawda, że muszkiet jest gorszą bronią, bo energia kuli jest około 20 razy większa niż strzały, lecz ma wiele fatalnych właściwości, m. in. słabą celność, dłuższy czas ładowania, wymaga posiadania zaplecza technologicznego i dość długo nim rusznikarze nie zastosowali wielu udoskonaleń, stanowił ersatz.

Tak naprawdę, to nie ma zmian, czy wynalazków, które jedno poprawiając nie psułyby czegoś innego. Z tego zapewne bierze się postrzeganie historii świata jako ciągłego upadku, od złotego wieku (wedle Hezjoda), przez srebrny, do dzisiejszych, strasznych. Przy czym „dzisiejsze” czasy to te od około 750 roku p.n.e.

Oczywiście, można argumentować, że przekraczanie możliwości technologicznych w końcu czymś zaowocuje, nawet jeśli obecnie nie mamy pojęcia czym. Niestety znamy dziedzinę, gdzie taka zabawa ewidentnie poszła w magię. Dziś z horyzontu maniaków technologii zniknęła praktycznie technika Hi-Fi, wysokiej jakości odtwarzania dźwięku. Nie zauważyliśmy nawet momentu, gdy zrezygnowano z pewnych parametrów technicznych – odtwarzania niskich częstotliwości. To wymaga dużych głośników, co jest chyba za bardzo kłopotliwym towarem. Tymczasem cała branża ochoczo pomaszerowała w magię, we wzmacniacze lampowe i cudowne kable. Wielkie firmy wycofały się z technologii Hi-Fi.

W czasach słuchania muzyki z telefonu komórkowego rezygnuje się nawet z techniki transmisji stereofonicznej. Nie ma jej w większości kanałów telewizyjnych, lwia część urządzeń odtwarzających dysponuje tylko jednym głośnikiem. Przekroczono potrzeby konsumenta, nic nie urodziło się z nadmiarowej technologii, zaś rozczarowanie okazało się tak głębokie, że porzucono i to co miało sens, co nawet przeciętny człowiek potrafił usłyszeć i docenić. Niestety coś podobnego zaczyna dziać się z fotografią. Zmiana parametrów na pozornie lepsze, do poziomu ponad potrzeby, może nawet być nazwana postępem, ale jak widać, potrafi w końcu uśmiercić całą gałąź produkcji.

Chciałem napisać, że nauki ścisłe są jedyną dziedziną, gdzie zmiany są tożsame z postępem. Ale chyba są znakomitym przykładem, że absolutnie tak nie jest. Owszem, gdy gromadzimy dane, gdy je zapisujemy, katalogujemy, to już je mamy. Niestety, tylko tyle. Można pokazać, że od wieków tak było, ludzie chcieli utożsamiać wykonanie jakiś pomiarów, czy obserwacji z postępem. Z sytuacją, że możemy więcej. Więc, dla przykładu, mierzyli bardzo starannie położenia gwiazd i planet i… stawiali horoskopy. Pięknie widać, że przynajmniej do czasów Keplera te naprawdę dokładne pomiary miały zastosowanie równie dobre, jak wróżenie z fusów. I owszem system ptolemejski dał nam jedną poważną wskazówkę: są jakieś precyzyjne reguły ruchów na niebie. Wynikało jednak z tej wiedzy tyle, że znaliśmy datę równonocy, z grubsza wiedzieliśmy ile rok powinien mieć dni i właściwie nic poza tym. Ktoś musiał dopasować właściwy model matematyczny do pozyskanych danych.

Od czasów Mikołaja Kopernika uczeni sięgali po astrologiczne dane i z kupki nieużytecznych liczb pracowicie składali coraz dokładniejszy obraz świata, aż do czasów Isaaca Newtona, dzięki któremu chaos danych obserwacyjnych zyskał sens. Powiem nieco złośliwie, że współcześni uczeni nadal dzielnie podążają ścieżką astrologów. Wszystko, co daje się zamienić na liczby, albo dane giełdowe, czy nieszczęsne pomiary stężenia dwutlenku węgla, staramy się zamienić na groźny horoskop. Horoskopy, te katastroficzne, mają tę własność, że zwykle po jakimś czasie stwierdzamy, że się spełniły. Malkontenci uważają to za wynik ich formułowania, lecz publiczność widzi słuszną wizję astrologa. Prognozy naukowe z definicji nie straszą tak bardzo, bo podsuwają sposób uniknięcia nieszczęść. Na przykład „zaszczep się”. Przez irytujący dydaktyzm nie poruszają nas tak mocno. Im bardziej trafne, tym są szybciej zapominane. Wizja czarnej śmierci nikogo dziś nie przeraża. Wiemy, że to bakterie gram-ujemne Yersinia pestis, wiemy, jak sobie z nimi radzić. Nieciekawe.

Nawet wynalazki prowadzą raczej do zmian w naszym otoczeniu, a nie koniecznie do postępu. Można tu przypomnieć taki przypadek z historii: dość złożone urządzenie techniczne, rydwan, który wymagał posiadania niebanalnej technologii, został całkowicie wyparty przez uprząż kawalerzysty. Regres w technologii, siodło przecież nie posiada tak wielu ruchomych części (sprzączki?), doprowadził do postępu w użyciu kawalerii. Można powiedzieć, że zdarzyło się na odwrót, niż to wynika z intuicji związanej z postępem. A tak, wyeliminowano koło, ersatz zastąpiono oryginałem czyli koniem i było dużo lepiej.

Zrozumienie postępu i kulturalne zachowanie

Zmiany dokonują się ciągle w naszym otoczeniu, na przykład dopisujemy kolejne kolumny liczb w dzienniku obserwacji, a postęp zachodzi chyba w naszych głowach. Postęp intryguje, ale nie rozumiemy go. To dobrze ilustrują różne próby wyjaśnienia skąd się wzięły pewne umiejętności. Grecy opowiadali, że to Atena nauczyła mieszkańców Peloponezu uprawy oliwek. Można napisać grubą pracę o tym, jak wiele umiejętności tłumaczy się w naiwny sposób. Na przykład pozyskiwanie żelaza za pomocą dymarek, to cały zbiór technologii, a nie tylko to o czym napisano w moim podręczniku historii o metodzie uzyskania tzw. żelaza gąbczastego. Dziś już coraz rzadziej się mówi, że Gutenberg wynalazł ruchomą czcionkę, ale w zamian przestajemy rozumieć, co naprawdę w jego technologii druku było rewolucyjnego.

Jeśli mówimy, piszemy, że „dokonał się postęp”, to oznacza, że zaszły w czymś zmiany, ktoś coś wynalazł, zrobił inaczej, ale te zmiany musiały się jeszcze przyjąć. A to oznacza, że ludzie przestali przepisywać książki, że narzędzia z brązu zamienili na stalowe. To cały cywilizacyjny kontekst zmian. Na przykład to, że do wydrukowania było tłumaczenie Biblii dokonane przez Lutra, czy wielce intrygujący „Młot na Czarownice”.

Postęp to także zrozumienie, jak użyć tego, co nas otacza. Możemy umieć zbudować wozy, drogi po których będą jeździły, wreszcie miasta, w których ktoś wyprodukuje towar i pomiędzy którymi warto go będzie przewozić. Lecz aby to wszystko funkcjonowało musimy mieć na przykład tę świadomość, że na świecie jest mnóstwo ludzi. Jeśli uczynimy z części z nich wrogów, to i tak będziemy się musieli z nimi dogadać. Ani Hetyci nie wytną wszystkich Egipcjan, ani Egipcjanie Hetytów.

Zacząłem od mej młodzieńczej niechęci do dobrego wychowania. Zdawało mi się oczywiste, że zrozumienie działania trójfazowego silnika asynchronicznego jest wyzwaniem, zaś to, by przy tłumaczeniu użytkownikowi, żeby nie podpinał przewodów byle jak, odniosło skutek, a nie skończyło się awanturą, jest proste. Wystarczy nie wyzywać biedaka od głupków. Aby ów silnik napędzał młocarnię, rolnik musi ufać elektrykowi, choćby amatorowi. Aby szczepionki chroniły ludzi przed COVID-em, nie może funkcjonować zbyt liczna grupa ludzi, przekonana, że padają ofiarą światowego spisku.

Wynalazki muszą „się przyjmować”, co oznacza, że jakikolwiek postęp wymaga dogadywania się ludzi. Czy tylko rolnika z elektrykiem, czy narodów między sobą, lecz nawet najgenialniejszego wynalazku nie nazwiemy postępem, gdy ludzie się nie dogadają i pomysł pozostanie czy to na papierze, czy w postaci muzealnego eksponatu. Po latach rozumiem, że ten socjologiczny komponent, porozumienie, jest absolutnie niezbędny, by cokolwiek szło ku lepszemu. Niestety, w tej dziedzinie postęp bywa chwilowy. Po kolejnej bitwie pod Kadesz niektórzy ludzie są przekonani przez jakiś czas, że faktycznie lepiej się dogadać, chyba że…

Autor: Adam Cebula
Korekta: Karol Ligecki
Ilustracja nagłówka: Joseph Wright of Derby

PRZYPISY:

  1. Z Hetytą pod rękę. Rozmowa z prof. Piotrem Tarachą

Adam Cebula: Laborant w Instytucie Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 1998 roku stale współpracuje z czasopismem internetowym Fahrenheit. Pisał teksty także dla innych magazynów z kręgu science fiction. Autor wielu publikacji krążących w Internecie. Udzielał się literacko w grupie Kareta Wrocławski. Miał styczność z krótkofalarstwem oraz wspinaczką wysokogórską. Zajmuje się również fotografią.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.